Strona:Juliusz Verne - Rozbitki.pdf/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Kaw-dier! — powtórzył znowu ranny i usiłował pochwycić rękę nieznajomego, aby ją ucałować, lecz siły nie pozwoliły mu na to.
Rany jego były bardzo niebezpieczne; pomimo szybkiego i umiejętnego ratunku tracił przytomność, głowa jego wnet opadła bezwładnie, oczy przymknęły się i omdlał.
Wtedy nieznajomy znowu twarz jego obmył zimną wodą, do ust wlał mu kilka kropli jakiegoś orzeźwiającego płynu z małego flakonika, który wyjął z kieszeni, poczem ranny znów odzyskał przytomność.
Nieznajomy westchnął, czarne jego oczy wyrażały smutek, widać było, że stan poszarpanego przez jaguara Indjanina nie wróżył nic dobrego.
Wtem starszy z przybyłych Indjan, bacznie wpatrujący się w twarz rannego, dostrzegł, że on znów otworzył oczy, zapytał go więc:
— Gdzie twoje obozowisko?...
— Tam... tam... — wyrzekł z trudem ranny, wskazując wzrokiem w stronę południową. — Tam są moi...
— Obozowisko, o którem ranny mówi — rzekł nieznajomy — leży stąd o jakie trzy mile... Wczoraj widziałem porozpalane ogniska i dymy w tej stronie. Można go tam zawieźć łódką; tam się nim zajmą.
Po chwili zwrócił się do młodszego Indjanina: