Strona:Juliusz Verne - Rozbitki.pdf/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Chłopiec był wysmukły, zręczny, o spojrzeniu młodego sępa, w którem przebijała śmiałość i pewna siebie odwaga.
Z tygrysią zręcznością obaj Indjanie wyskoczyli z łódki, zanurzyli się w zaroślach i w kilka chwil znaleźli się przy nieznajomym, z uległością i oddaniem się spoglądając w jego oczy i oczekując rozkazu.
Nieznajomy śpiesznie wyrzekł do nich słów kilka w narzeczu indyjskiem, dziwnem dla ucha europejczyka.
Na rozkaz jego i objaśnienie obaj Indjanie uklękli przy rannym i unieśli jego skrwawioną głowę.
Nieznajomy znów rzekł słów parę, poczem jeden z nich zerwał się, szybko pobiegł do łódki i za chwilę wrócił, niosąc w kamiennem naczyniu wodę i jakieś zawiniątko. Rzeczy te oddał nieznajomemu.
Ten pochylił się i ze zręcznością i wprawą lekarza zaczął opatrywać rany Indjanina i oblewać go wodą.
Po chwili tenże ocucił się i spojrzał na trzech nieznajomych wzrokiem, w którym zabłysła radość.
Z ust jego dał się słyszeć szept dziękczynny i jeden wyraz, którym zdawał się witać dającego mu ratunek:
— Kaw-dier!...
Ten wyraz w języku Indjan oznacza to samo, co przyjaciel, dobroczyńca, zbawca.