Strona:Juliusz Verne - Rozbitki.pdf/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nem, gdyż wkrótce dały się słyszeć rozpaczliwe wołania Karra.
Przebiegłszy jeszcze kilkanaście kroków, nagle wśród zarośli ujrzał Karra pochylonego nad leżącym, jakby bez życia, Halgiem, przy którym wierny Zol żałośnie naszczekiwał.
— Co się stało?.. On ranny?.. — zapytał Kaw-dier z wielkiem wzruszeniem.
— Ranny... ciężko ranny! — zawołał Karro — ratuj go, panie!..
Kaw-dier ukląkł przy Halgu i widząc, że leży w znak nieruchomie, z oczami zamkniętemi, z krwawą raną w piersi, szybko odsunął Karra, który bezradnie rozpaczał, zasłaniając sobą rannego, poczem go szybko rozebrał i z wprawą doświadczonego lekarza ranę opatrywał, starając się zatamować upływ krwi. Z chustkt swej i płóciennej bluzy, którą rozdarł na szmaty, zrobił naprędce bandaże, któremi opasywał rannego.
Nóż jakiegoś złoczyńcy szeroko przeszył pierś i ramię nieszczęsnego Halga. Leżał on teraz bez czucia, bez ruchu.
— Nie mamy czasu rozpaczać, mój Karro — rzekł Kaw-dier z siłą w głosie — teraz obowiązkiem naszym, dać szybką pomoc rannemu...
Mówiąc to, z przerażeniem badał ranę, która należała do niebezpiecznych.
— Biegnij co sił, rozkazywał, i sprowadź