Strona:Juliusz Verne - Rozbitki.pdf/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pił mi drogę i mając za sobą pomoc dwóch pijanych zauszników, odebrał mi moją zdobycz myśliwską.
— Ty nie umiałbyś jeść takiej pieczeni — rzekł szyderczo; a gdym prosił, żeby mi oddał choć połowę zwierzyny, zawołał groźnie: Hej ludzie, wrzućcie mi do rzeki tego dzikiego, który się opiera mojej władzy... Zapomniał widać, że psy jadają pieczeń tylko wtedy, kiedy im ją pan z łaski rzuci... Precz z nim!
Odszedłem spokojnie, choć ręce mnie świerzbiały, żeby przetrzepać skórę takiemu łotrzykowi w skórze wielkorządcy, odszedłem, powtarzam, w milczeniu, pragnąc jedynie uniknąć awantur, które krwawo mogłyby się skończyć...
— I dobrześ zrobił, mój druhu! Taki nędznik sam się ukarze, bo złe czyny, krzywdzące drugich, ściągają karę na głowy tych, którzy je popełniają.
Karro chciał coś odpowiedzieć, gdy wtem w głębi lasu dało się słyszeć głośne szczekanie Zola. Zaniepokojony Kaw-dier zwrócił oczy w tę stronę, poczem rzekł:
— Zol natrafił na coś niezwykłego. Znam jego głos... Nie szczeka on tak na wytropioną zwierzynę...
Indjanin nasłuchiwał chwilę z uwagą, poczem dokładnie określił miejscowość, gdzie pies mógł się znajdować.