Strona:Juliusz Verne - Rozbitki.pdf/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kaw-dier uśmiechnął się i szepnął do siebie z zadowoleniem:
— Ziarno rzucone przezemnie w duszę Halga, widzę, że piękny plon wydało... Ten dziki chłopak poczyna sobie już, jak przystało na młodzieńca szlachetnego i rozumnego...
I głośniej dodał:
— Pięknie dzień rozpoczął twój Halg... Wierzaj mi, łatwiej, tak jak Beauval panować, niż dać pomoc głodnym i chorym, jak to właśnie Halg uczynił.
— Ogromna nędza zapanowała wśród kolonistów, którym Beauval przepisał prawa wolności, równości i wspólności majątkowej — rzekł Indjanin.
— Choroby, nędza i zbrodnie — dokończył z goryczą Kaw-dier. — Nikt z tych ludzi nie chciał pracować dla wszystkich, w mniemaniu, że będzie pracował nadaremnie dla cudzej korzyści, bo nie dla siebie samego... Szumne myśli Beauvala smutne wydały rezultaty...
— Głównie winien temu sam Beauval, czyli ten samozwańczy gubernator naszej wyspy — mówił Karro. — Toć słowa bez czynów są martwe, a właśnie Beauval, który głosi wolność, równość i wspólność własności, sam prowadzi życie hulaszcze, próżniacze, sam jest rabusiem cudzej własności... Ot, nie dawniej jak wczoraj, spotkawszy mnie na skraju lasu, gdy wracałem z upolowaną kozą dziką, zastą-