Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ażeby ona wznosiła lub pochłaniała skały według twojej woli lub twoich osobistych potrzeb; po stworzeniu tej rafy wyłącznie dla ocalenia od spalenia »Chancellora«, niech ją w oka mgnieniu usunie, aby temuż nie przeszkadzać w dalszej drodze.
— Ależ nie, panie Kazallon, owszem najserdeczniej się modlę, dziękując Bogu za widomą łaskę nad nami i proszę, ażeby dopomógł wyjść chociażby dzisiaj z niebezpieczeństw tej podróży.
— My zaś ze swojej strony także przeszkadżać Panu Bogu nie będziemy, jeżeli udzieli nam ratunku, nieprawdaż?
— Tak, panie Kazallon, obowiązkiem człowieka jest, ażeby sam sobie dopomagał. Pomimo to Andrzej ma słuszność, nie tracąc wiary w pomoc Boską. Prawda, ludzie żeglując po morzu, dowodzą tem samem, że umieją zdobyć władzę, której natura im odmówiła, jednakże na tym oceanie bez granic, kiedy żywioły rozpasają się, jakże wtedy czujemy, że statek nasz jest kruchy, a my sami tacy bezbronni, tacy słabi! Godłem marynarza powinno być: »Ufność w siebie i wiara w Boga!«
— Jest to zupełnie słuszne panie Letourneur. Dlatego też mało widziałem marynarzy, którzyby byli nieprzystępni dla uczuć religijnych.