Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


O ósmej wieczorem, pomimo huku burzy, naraz dało się słyszeć gwałtowne syczenie. Klapy, parte przez rozgrzane powietrze, otworzyły się i kłęby czarnego dymu wydobywają się z nich, jak para wypuszczona z kotła machiny parowej, klapą bezpieczeństwa.
Załoga rzuciła się ku Robertowi Kurtis, żądając rozkazów; jedyna myśl opanowała wszystkich, uciekać z tego wulkanu, co lada chwilę wybuchnie pod naszemi stopami.
Kurtis spojrzał na ocean do głębi rozhukany. Do szalupy zbliżyć się nie można, albowiem wisi na środku pokładu, można jednak zużytkować czółno z prawej strony przyczepione i łódź zawieszoną z tyłu okrętu. Majtkowie rzucili się do czółna.
— Nie! — zawołał Robert Kurtis — nie! po co narażać ostatnią naszą szansę ocalenia!
Kilku majtków oszalałych z trwogi, z Owenem na czele, koniecznie chciało zająć czółno.
Kurtis wskoczył na wystawkę i pochwyciwszy topór, zawołał:
— Rozwalę łeb każdemu, kto dotknie się liny!
Majtkowie cofnęli się. Jedni weszli na drabiny masztowe, kilku wlazło na bocianie gniazdo. O jedenastej dał się słyszeć pod pokładem kilkakrotny silny huk.
To przepierzenia tak pękają, przepuszczając dym i rozpalone powietrze. Kłęby dymu