Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na warcie spostrzegli lekki dym, dobywający się przez otwory wielkiej klapy. Zawiadomiono natychmiast kapitana i mnie. Nie było najmniejszej wątpliwości. Bawełna na spodzie okrętu zapaliła się i nie było sposobu dostać się do samego ognia. Zrobiliśmy wszystko co można był w podobnym wypadku, to jest, zamknęliśmy klapy, aby zatamować przypływ powietrza do wnętrza statku. Sądziłem, że tym sposobem zadusimy pożar w samym zarodku. Rzeczywiście w pierwszych dniach zdawało się, żeśmy go opanowali.
Od onegdaj jednak zauważono na nieszczęście, że ogień rozszerza się coraz więcej. Pod naszemi nogami coraz goręcej i gdyby nie ustawiczne polewanie, nie można byłoby już chodzić po pokładzie. Wolę, żeby pan wiedział o tem, panie Kazallon i dlatego wyznałem panu wszystko.
W milczeniu słuchałem tego, co mi porucznik opowiadał. Myślą objąłem całą okropność naszego położenia wobec tego wzrastającego pożaru, na ugaszenie którego siła ludzka nie wystarczała.
— Jakim sposobem ogień powstał?
— Zapewne, panie Kazallon, skutkiem zagrzania się bawełny.
— Czy to się często zdarza?
— Przeciwnie bardzo rzadko i to tylko