Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/242

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rzucił mi linę, którą pochwyciłem. Wspiąłem się i znów wpadłem na tratwę.
Pierwsze moje słowa były:
— Słodka woda!
— Słodka woda! — zawołał Kurtis. — Ziemia jest tam!
Morderstwa jeszcze nie spełniono. Kurtis i Falsten bronili dotąd Letourneura przeciw ludożercom i w chwili, kiedy sami mieli uledz przemocy, usłyszano mój głos.
Walkę przerwano. Powtarzam ciągle:
— Woda słodka! — i przechylając się po za tratwę, piję chciwie wielkiemi łykami.
Miss Herbey pierwsza poszła za moim przykładem. Robert Kurtis, Falsten i inni rzucili się ku temu źródłu życia. Wszyscy piją. Otóż ludzie, którzy przed chwilą byli drapieżnemi zwierzętami, wznoszą teraz ręce ku niebu. Majtkowie na klęczkach żegnają się, wołając: stał się cud! Po wściekłości nastąpiło rozrzewnienie.
Andrzej i ojciec jego ostatni dopiero naśladowali nas.
— Ale gdzież jesteśmy — zawołałem.
— O dwadzieścia mil niespełna od lądu! — odpowiedział Robert Kurtis.
Spojrzeliśmy na niego, czy kapitan oszalał? Lądu nigdzie ani śladu, tratwa znajduje się jak zwykle w pośrodku poziomu!