Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jak to? mój ojciec — zawołał stłumionym głosem.
— Los padł na mnie — odpowiedział pan Letourneur.
Andrzej porwał ojca i otoczył ramionami.
— Nigdy! — zawołał — mnie zabijcie raczej! Zabijcie mnie! To ja rzuciłem ciało Hobbarta w morze! Mnie! mnie! powinniście zamordować!
Nieszczęśliwy! Jego słowa podwoiły wściekłość katów! Daoulas oderwał go od ojca, mówiąc:
— Dość tych ceremonii.
Andrzej padł na wznak, a dwaj majtkowie skrępowali go tak, że nie mógł się ruszyć.
Jednocześnie Burke i Flajfpol pochwyciwszy ofiarę, pociągnęli ją na przód tratwy.
Okropna ta scena odbyła się prędzej, niż ją tu opisałem.
Zgroza przykuła mnie do miejsca! Chciałem się rzucić pomiędzy pana Letourneur i jego katów, ale sił mi zabrakło. W tej chwili p. Letourneur odepchnął majtków, którzy już zdarli z niego część ubrania.
— Wstrzymajcie się chwilę — rzekł głosem, w którym przebijała niepokonana energia — jedną tylko chwilę. Nie chcę wam ukraść waszej porcyi. Wszakże całego dzisiaj mnie nie zjecie!