Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zbliża. Nadzieje moje ulatują. Okręt nie ukazał się, ziemi także nie widać. Powróciłem do rzeczywistości i przypominam sobie, że jest to właśnie chwila, w której ma się wykonać straszliwa ofiara. Nie śmiem spojrzeć na skazanego i wielekroć oczy jego zwrócą się na mnie, muszę natychmiast odwrócić swoje.
Zgroza niewpowiedziana ścisnęła pierś moją, w głowie mi się kręci jak pijanemu. Już szósta rano! Przestałem wierzyć w pomoc Opatrzności. Serce bije więcej niż sto uderzeń na minutę, całe zaś ciało mam zlane zimnym potem. Bosman i Kurtis stoją wsparci na maszcie, przebiegając oczami ocean. Na bosmana strach patrzeć. On nie uprzedzi godziny, ale też nie pozwoli jej opóźnić. Nie mogę zgadnąć, co myśli kapitan. Twarz jego jest tak blada, że wydaje się trupem z otwartemi oczami. Majtkowie pełzają po platformie, pożerając oczami ofiarę. Nie mogąc ustać na miejscu, uciekłem aż na przód tratwy. Bosman odwrócił się ku tyłowi tratwy: mówiąc:
— Nakoniec!
Wyraz ten uderzył we mnie jak piorun. Majtkowie zbliżyli się ku tyłowi tratwy, cieśla w ściśniętej konwulsyjnie dłoni trzyma topór.
Miss Herbey krzyknęła przeraźliwie. Nagle Andrzej powstał.