Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cza swym wybranym, miss Herbey zobaczyła ląd lub statek, mający nas ocalić!
Tak! trzeba poczekać jeszcze jeden dzień!
Cóż znaczy zresztą jeden dzień w porównaniu z tem wszystkiem, cośmy dotąd przebyli.
Robert Kurtis myślał tak samo jak i ja. Przyłączyliśmy się do próśb miss Herbey. Falsten w tymże samym duchu przemówił. Błagamy na klęczkach towarzyszy wspólnej niedoli, bosmana, Daoulasa i innych. Majtkowie wstrzymali się i żaden z nich nie wyrzekł ani słowa.
Bosman rzucił siekierę i wyrzekł głuchym głosem:
— Dobrze więc, jutro ze wschodem słońca.
To słowo określa wszystko. Jeżeli jutro nie ujrzymy ani ziemi ani okrętu, straszna ofiara spełnić się musi.
Każdy powrócił na swoje miejsce i resztą sił stara się panować nad swojemi cierpieniami. Majtkowie skryli się pod żagle. Oczy ich przestały już patrzeć z nadzieją na morze. Nic ich nie obchodzi, prócz tego, że jutro będą jedli!
Andrzej Letourneur odzyskał zmysły. Pierwsze spojrzenie skierował na ojca. Następnie wzrokiem przeliczył wszystkich pasażerów... ani jednego nie brak. Na kogóż los padł?