Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


neur przestał być dla nich człowiekiem. Nic jeszcze nie przemówili, ale usta ich wyciągnęły się naprzód, zęby odkryte gotowe są do szarpania, jak zęby dzikich zwierząt. Czy rzucą się na nieszczęśliwą ofiarę i pożrą ją żywcem?
Któż uwierzy, że w tej chwili odwołano się do resztki uczuć ludzkich, jakie w nich mogły pozostać; czyż wyda się komu prawdopodobnem, że głosu tego usłuchała zgłodniała tłuszcza?
A jednak tak się stało. Jednem słowem wstrzymano ich w chwili, kiedy mieli rzucić się na pana Letourneur. Bosman, mający spełnić czynność rzeźnika, Daoulas z siekierką w ręku, pozostali nieruchomi.
Miss Herbey zbliżyła się, a raczej przywlokła.
— Moi przyjaciele — rzekła — poczekajcie choć jeden dzień, tylko jeden dzień. Jeżeli jutro ziemia się nie ukaże, jeżeli żaden okręt nie spotka się z nami, nasz biedny towarzysz padnie ofiarą.
Drgnąłem, usłyszawszy te słowa. Zdaje mi się, że ta dziewczyna przemówiła proroczo, że to natchnienie z nieba ożywiło jej szlachetną duszę! Nadzieja bez granic znów spłynęła do mojego serca. Może być, że w jednem z tych widzeń nadziemskich, jakie Bóg uży-