Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie i zdaje się, że ostatnią iskierką nadziei pragnie mnie powstrzymać.
Szkoda czasu. Chciałbym, ale nie śmiem zobaczyć się jeszcze z Letourneurami i z miss Herbey! Ta dziewczyna odgadłaby postanowienie z oczów moich! Mówiłaby o Bogu! o drugiem życiu, które mnie czeka. Czeka, kiedy już nie mam odwagi! Boże mój! racz przebaczyć biednemu.
Powróciłem na tył tratwy i po długich wysileniach stanąłem przy maszcie. Ostatni raz przebiegłem wzrokiem to nielitościwe morze, ten horyzont wiecznie jednostajny!
Gdybym teraz ujrzał ziemię lub żagiel nad falami, sądziłbym, że jestem igraszką złudzenia.
Morze puste!
Już 10-ta rano. Czas skończyć. Kurcze głodowe, kolki z pragnienia wzmogły się tak, że rozdzierają mi wnętrzności.
Instynkt zachowawczy zgasł we mnie. Za chwilę skończę... Boże mój, miej litość nade mną!
Ktoś zaczyna mówić, poznaję głos Daoulasa. Cieśla jest obok Kurtisa.
— Kapitanie — rzekł — trzeba rzucić losy.
Miałem już skoczyć w morze, ale wstrzymałem się. Dlaczego? nie wiem, ale powróciłem na tył tratwy.