Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie chcieli opłacić podobną ohydą bodaj ulgi chwilowej.
Co do Kurtisa, nie wiem... Nie śmiałem się zapytać... Inni zaś! o, człowiek staje się niekiedy zwierzęciem drapieżnem... to okropność! Ukryłem się pod namiotem, nie chcąc patrzeć! Dosyć było dla nas, żeśmy słyszeli!
Andrzej Letourneur chciał się rzucić na tych kanibalów, ażeby im wydrzeć te okropne szczątki! Musiałem użyć siły, chcąc go powstrzymać.
A jednak oni byli w prawie, ci nieszczęśliwi. Hobbart umarł! wszak oni nie zabili go! Czyż bosman nie powiedział kiedyś, że lepiej zjeść umarłego niż żywego!
Kto wie zresztą, czy ta scena nie będzie prologiem do straszliwego dramatu, mającego zakrwawić tratwę.
Pomimo przedstawień, jakie zrobiłem Andrzejowi, nie mogłem stłumić uczucia zgrozy, które w nim wzrosło aż do oburzenia.
Hobbart, dzięki zapasom, jakie trzymał w ukryciu, najlepiej się trzymał z nas wszystkich.
Organizm jego nie wycieńczony głodem, zachował całą jędrność tkanin. W pełnem zdrowiu gwałtowną śmiercią przestał żyć.
W tej chwili ktoś się odezwał. To cieśla