Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w krótkotrwałych ulewach. Spieszymy się zbierać wodę, bo chmury już przecierać się zaczynają.
Kurtis ustawił rozbitą beczkę, naokoło zaś rozpostarliśmy żagle, ażeby na większej powierzchni łapać wodę. Położyliśmy się na wznak z otwartemi ustami. Woda zlewa mi twarz, usta i czuję jak wpływa mi do gardła! Co za rozkosz niewypowiedziana! Jak gdyby życie wlewało się we mnie kroplami. Błona śluzowa pieści się dotknięciem ożywczych kropli. Piję ten zbawczy napój, który przeradza całą moją istność.
Deszcz trwał 20 minut, poczem chmura rozeszła się. Powstaliśmy wszyscy lepsi! Tak, lepsi! Ściskamy się za ręce, mówimy do siebie, zdaje się, żeśmy już ocaleli! Bóg w miłosierdziu swojem zeszle nam inne chmury, a te przyniosą wodę, której nam tak długo brakowało! Zresztą nie straciliśmy wody spadającej na tratwę. Baryłka i żagle dużo jej nałapały. Zachowamy ją więc, troskliwie i po kropelce używać będziemy. W baryłce jest kilka garncy. Majtkowie wzięli się do wyciskania wody na żagle schwytanej.
— Zaczekajcie! — zawołał Kurtis — trzeba zobaczyć, czy woda ta zdatną jest do picia. Spojrzałem na niego ze zdziwieniem. Wszakże to woda deszczowa. Kurtis wycisnął w kubek