Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Śmiało! śmiało! — woła bosman.
Nareszcie wypłynęła głowa zwierzęcia, przez otwarte szczęki hak dostał się w głąb gardła i uwiązł tak silnie, że nie mogą wyrwać go stamtąd żadne szamotania się. Daoulas porwał za topór, ażeby dobić go, jak tylko zbliży się do tratwy.
W tejże chwili usłyszeliśmy trzask. Rekin zamknął gwałtownie szczęki, strzaskał niemi rękojeść haka i zniknął w głębinie.
Jęk rozpaczy wyrwał się nam z piersi. Bosman, Kurtis i Daoulas próbowali jeszcze złapać rekina. Nie mają jednak ani haka ani narzędzi, zarzucają stryczki, które jednak zsuwają się po gładkiej skórze psów morskich. Bosman nawet, ażeby ich zwabić, zwiesił nogę poza tratwę, narażając się na jej utratę.
Bezowocnych prób zaprzestano nareszcie, i każdy poszedł na swoje miejsce oczekiwać śmierci, której niczem zażegnać nie możemy.
Na odchodnem usłyszałem jak bosman mówił do Kurtisa:
— Kapitanie, kiedy pociągniemy losy?
Kurtis nic nie odpowiedział, ale pytanie było postawione.