Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wschodzie i lekki wietrzyk poruszył powietrzem. Temperatura stała się trochę znośniejszą i pomimo naszego osłabienia ulegliśmy jej wpływowi. Oddychamy powietrzem mniej palącem, ale od czasu połowu bosmana t. j. od siedmiu dni nic nie jedliśmy. Na tratwie nic już niema. Wczoraj dałem Andrzejowi ostatni kawałek suchara, przechowany przez ojca, który mi go oddał płacząc.
Od wczoraj murzyn Jynxtrop uwolnił się z więzów; Kurtis nie kazał mu ich na nowo założyć! Po co? Ten nędznik i jego wspólnicy są tak osłabieni przez brak pożywienia, że obawiać się ich niema potrzeby. Kilka rekinów ukazało się nad wodą, patrzymy jak z wielką szybkością skrzydła ich przerzynają fale. Niestety! są to żywe trumny, czychające na pochłonięcie naszych nędznych szczątek. Nie przerażają mnie one już, raczej przyciągają. Zbliżają się tak natrętnie do brzegów tratwy, że o mało jeden z tych potworów nie pochwycił ręki Flaypola, którą trzymał zwieszoną.
Bosman, z oczami szeroko rozwartemi, z zaciśniętemi zębami, patrzy na rekinów innym niż ja wzrokiem. Chce ich pożreć, ale nie być przez nich pożartym. Gdyby mu się udało złowić choćby jednego, nie oszczędzałby jego ciała. Postanowił spróbować, ale ponie-