Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


maszt, zawieszono żagiel i tratwa postępuje ciągle, przebiegając przeszło dwie mile na godzinę. Zreperowano także rudel, urządzony za pomocą drąga i kawałka szerokiej deski. Nieszczególnie on działa, pod wpływem jednak wiatru popychającego tratwę, nie trzeba zbytecznych wysileń, ażeby nią kierować. Przy pomocy sznurów i klinów pościągano deski platformy, poręcz z prawej strony, uniesiona przez fale, została znowuż odbudowaną, chroniąc nas przed bałwanami. Jednem słowem zrobiliśmy wszystko, co było w naszej możności, ażeby wzmocnić tę nietrwałą wiązankę z masztu i desek skleconą.
Nie w tem jednak leży największe nasze niebezpieczeństwo. Wraz ze słońcem wróciły upały podzwrotnikowe, które nam poprzednio tyle dokuczały. Dzisiaj na szczęście, lekki wietrzyk chłodzi powietrze. Zbudowano dobry namiot na tyle tratwy i kolejno pod nim szukamy cienia. Pomimo to brak żywności daje się dotkliwie uczuwać. Każdy widocznie cierpi z głodu. Policzki nam pozapadały, twarze wychudły. U wielu z nas system nerwowy jest silnie zaatakowany, ściskanie żołądka sprawia dotkliwy ból. Gdybyśmy dla oszukania głodu dla uśpienia go, mieli jakie narkotyki, jak opium lub tytoń, może nie cierpielibyśmy tyle, lecz wszystkiego nam brak.