Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W oślepiającej błyskawicy ujrzałem biedaka z urwaną nogą, uniesionego przez bałwan, który uderzył na nas w tej chwili. Jego towarzysz znikł razem z nim, zanim zdążyliśmy pospieszyć mu na ratunek. Mnie zaś morze rzuciło na platformę, gdzie uderzywszy głową o jakiś kąt wystający, upadłem bez zmysłów.





XXXVI.

22-go grudnia. Dzień nareszcie zabłysnął i słońce zajaśniało z pomiędzy chmur, pozostałych od wczorajszej burzy. Starcie się żywiołów trwało zaledwie kilka godzin, ale powietrze i woda nie zdołały się jeszcze uspokoić po tej szalonej walce. Mogłem jedynie opisać sam jej początek, bo długie zemdlenie, które nastąpiło po uderzeniu, odebrało mi zupełnie możność obserwowania końca burzy. Wiem tylko, że wkrótce potem huragan uspokoił się pod wpływem gwałtownej ulewy, osłabiającej elektryczne natężenie powietrza. W krótkim tym jednak przeciągu czasu wieleż nam ona szkód wyrządziła, wiele strat niepowetowanych, jakaż okropna nędza nas czeka. Z całych potoków wody, które wylała, nie byliśmy w możności zatrzymać ani kro-