Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dziś zrana rzekła do mnie:
— Panie Kazallon, ten nieszczęśliwy słabnie coraz więcej.
— Tak pani, ale nie możemy mu pomódz.
— Mów pan ciszej, mógłby nas usłyszeć.
Potem wsparłszy głowę na ręku, siadła zadumana na końcu tratwy.
Dziś zdarzył się niemiły wypadek, wart zanotowania.
Około pierwszej godziny wyżej wymienieni majtkowie sprzeczali się pomiędzy sobą. Cicha rozmowa, ale ożywione ich gesty wskazywały żywe zainteresowanie się przedmiotem. Następnie Owen poszedł na tył statku, na część tratwy oddzieloną dla pasażerów.
— Owen, dokąd idziesz? — zapytał go bosman.
— Tam, gdzie mi się podoba — odpowiedział zuchwale majtek.
Usłyszawszy tę hardą odpowiedź, bosman zerwał się z miejsca, ale przedtem jeszcze Kurtis zastąpił drogę Owenowi. Majtek wytrzymał wzrok kapitana i rzekł śmiało:
— Panie kapitanie, mam mu coś powiedzieć od moich kolegów.
— Mów!
— Tyczy się to wódki, tej małej baryłeczki... czy ją chowają dla oficerów, czy dla psów morskich?