Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pracy. Woda wpływa wprawdzie do okrętu, jednak w daleko mniejszej ilości i nad wieczorem przekonaliśmy się, że ubyło kilka cali. Kilka cali wszystkiego, ale to wygrana. Pompy wyrzucają wody więcej, aniżeli jej przybywa, na chwilę nie pozwalamy sobie spocząć. Wiatr daleko silniej dmie tej nocy, pomimo to Kurtis kazał rozpuścić wszystkie żagle, znając doskonale stan okrętu, chce jak najprędzej przybić do lądu. W razie spotkania się w drodze z jakimkolwiek okrętem, ma zamiar wywiesić sygnał trwogi i przesadzić podróżnych i załogę, sam zaś nie ustąpi z »Chancellora« aż do ostatniej chwili.
Wszystkie te plany jednakże nie miały się spełnić. W nocy, pod ciśnieniem zewnętrznem, płótno ustąpiło i nazajutrz, 3 grudnia, bosman po sondowaniu nie mógł wstrzymać przekleństwa i wykrzyku:
— Znów 6 stóp wody na spodzie!
Na nieszczęście tak było w samej rzeczy! Okręt znów się napełnia, widocznie zagłębia i linia wodna podnosi się coraz wyżej.
Pomimo to, pompy znów nie ustają na chwilę, wyczerpując ostatki sił naszych. Ręce mdleją, krew płynie z za paznokci, wszystkie jednak wysiłki marnują się daremnie, woda bezustannie przybiera.
Robert Rurtis ustawił nas rzędem i z otworu