Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/286

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wył wicher gwałtowny i wkrótce szalupa w pas burzy wpłynęła.
Na szczęście huragan zwrócił się na południe; statek przeto mając wiatr z tyłu, z szybkością niepomiarkowaną dążył do bieguna, bez względu na to, że lada chwila mógł się rozbić o skałę ukrytą, lub niedostrzeżoną wśród mgły górę lodową.
Jednakże ludzie płynący na nim nie zastanawiali się, nie zważali na nic, jakby trawieni gorączką szukania niebezpieczeństw; paliło ich pragnienie poznania miejsc dotąd nieznanych nikomu. Biegli tak nie ślepi, lecz zaślepieni, a szybkość biegu jeszcze nie odpowiadała ich niecierpliwości. Hatteras mocno trzymał rudel zawsze w niezmiennym kierunku, wśród pieniącej się fali wichrem biczowanej.
Bliskość brzegów coraz bardziej czuć się dawała; powietrze dziwnemi jakiemiś dyszało objawami. Nagle mgła rozpadła się, jakby zasłona wiatrem na wpół rozdarta, i przez chwilę, krótką jak ukazanie się błyskawicy, na horyzoncie widzieć było można słup płomienia wzbijający się ku niebu.
— Wulkan! wulkan!
Jeden głos wyrwał się z piersi wszystkich obecnych, lecz fantastyczne widmo znikło. Nagle