Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— A jednak, mówił znowu Wall, wydostaliśmy się na morze wolne od lodów, wracamy na drogi już znane; czy nie przesadzasz obawą Shandonie?
— Nic nie przesadzam; nie zaślepia mnie nienawiść jaką mam dla Hatterasa, ani zazdrość o którą mnie może posądzasz. Powiedz mi czy zwiedzałeś składy węgla?
— Nie, odpowiedział Wall.
— Idźże więc tam i przekonaj się jak raptownie zmniejszają się nasze zapasy paliwa. W takich okolicznościach w jakich się znajdujemy, należy głównie płynąć pod żaglami, a parę zachować tylko na wypadek spotkania prądów lub wiatrów przeciwnych, węgiel powinien być używanym z największą oględnością, bo i któż może powiedzieć z pewnością, gdzie i na jak długo możemy być na tych morzach zatrzymani? Lecz Hatteras palony gorączką posuwania się naprzód, dostania się jak najprędzej do bieguna, którego dotrzeć niepodobna, niedba o takie drobnostki. Czy wiatr przyjazny wieje, czy przeciwny, on pędzi wytężywszy całą siłę pary i może być, że niedługo będzjemy w wielkim kłopocie, jeśli nie całkiem zgubieni.
— Jeśli mówisz prawdę Sbandonie, to położenie jest bardzo groźne.