Strona:Juliusz Verne-500 milionów Begumy.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Muszę wyznać — rzekł po chwilowem milczeniu — że nie bardzo wierzę w ten podbój!
— Jaki podbój? — zapytał Herr Schultze; który zapomniał już był o przedmiocie rozmowy.
— Podbój świata przez Niemców.
Eksprofesor sądził, że źle usłyszał.
— Nie wierzysz w podbój świata przez Niemców?
— Nie...
— A to dobre, to mi się podoba!.. Chciałbym wiedzieć, jaka jest przyczyna tego powątpiewania?
— Ta po prostu, że artylerzyści francuscy prześcigną was i pobiją... Szwajcarzy, moi rodacy, którzy znają ich dobrze, utrzymują, że u Francuza nauka nie idzie w las. Rok 1870 był dla nich smutną nauką, która na złe wyjdzie nauczycielom. Nikt o tem nie wątpi w naszym małym kraju, a jeżeli mam wszystko panu powiedzieć, takie też jest zdanie najwytrawniejszych ludzi w Anglii.
Marceli wymówił te słowa tonem zimnym, suchym, stanowczym, co zwiększyło jeszcze, jeżeli podobna, wrażenie, jakie to bluźnierstwo, tak wręcz wypowiedziane, musiało sprawić na Królu stalowym.
Herr Schultze oniemiał, osłupiał. Krew tak gwałtownie uderzyła mu do twarzy, że młody