Strona:Juliusz Kaden-Bandrowski - Przymierze serc i inne nowele.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kiem w jakieś słowa kolędy, póki mu wilgotne oczy nie „stanęły w słup“, zagapione prosto w okno. Patrzył bezmyślnie na mrok, na śnieg, na odkryte głowy zaglądających przez szyby biedaków, aż nagle całą jego twarz oblały rumieńce.
— Ta co to znaczy odrzucony?! — krzyknął, — niby mało ich jest? Popatrzże bracie w to okno!
Skoczyłem za nim, po drodze zagarnęliśmy kilku sierżantów, a gdyśmy się znaleźli przed drzwiami, na schodach, wyłożonych ubitym śniegiem, Kujon, wskazawszy siwy pierścień starców:
— Co tu dużo gadać, panowie sierżanci, prosimy dziadów do środka i już!
Nie było żadnej rady, obstawił nędzarzy szarżami, przesunął po schodach przez korytarze, na salę, przed sztab bataljonu, przed sam sztab pułku, przed pana pułkownika. A gdy zmarznięci staruszkowie jęli spozierać po sali, panie zaś dały brawo, Kujon koło naszego psa pułkowego Zbója, który się tu z ciżbą wkręcił, uklęknąwszy, wtulił zawstydzoną twarz między zimne, zwichrzone kudły i zawołał:
— Co ty na to, Zbóju? Może się gniewasz, bracie, powiedz! — Nie?...