Strona:Juliusz Kaden-Bandrowski - Przymierze serc i inne nowele.djvu/83

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kto przyjdzie nowy, ten rączki gospodyń wycałuje, następnie z brzuchaczem komitetowym zamieni właściwe słowo. Wtedy już tylko ma do odrobienia swego dowódcę na honorowem miejscu. Tu w doniosłej aluzji słów przełamie się opłatkiem, i potem już nic nie ma, tylko serce, swoich braci, przyjaciół i oną ucztę gorącą pod wysokim łukiem refektarzy, w sosnowej ozdobie ścian.
A kiedy w wielkich oknach pełnego domu stanie cichy mrok zimy, różowy jak bzy i kiedy się za oknami po starem brukowisku rozproszy, — nikt już nie patrzy ani braci, przyjaciół, ani nawet serca swego, tylko cały huczy i miota się w kolędzie. Ona teraz po stołach chodzi, bije o szyby, nie może się zmieścić w oknach, poparta wszystkim tchem tego, tamtego, owego, dziesiątego — i moim!
I moim własnym z całych sił, — który siedzę rozparty w kącie, śpiewający, butami o inne bratnie buciska zahaczony.
Gdy oto rozstępują się skupione łby sierżantów, cały rząd szeregowców odpruł się nagle od stołu, wprost na mnie wali Kujon. Już dopadł. Kładzie mi twarz rozpłomienioną na ramiona, po policzkach smali oddechem i ściska przez pół mocno.
— Co jest, Kujonie, — wołam — co jest?!
— To jest! — zapchał mnie w kąt.
Z ramion uczyniliśmy nad sobą przyjacielską otokę, niby dach rzewnego uścisku, pod którym szarpać się mogły i piętrzyć bezpiecznie najgorętsze zwierzenia.
— To jest, rozumiesz mnie, że nieprawda! ojciec nie spóźnił się, — było co innego. Ale ty to czuj,