Strona:Juliusz Kaden-Bandrowski - Przymierze serc i inne nowele.djvu/82

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Owszem zdążył, wszystko się dobrze skończyło.
— No więc o czem tyle gadania?
— O czem tyle gadania? — przedrzeźnił mnie Kujon. — Ty mów a ja zdrów!
Reszta rozleciała się nam w koleżeńskich potrącankach, w szybkim kroku przez miasto, pełne delegacyjnych oddziałów, łyżkami za cholewą błyszczących, i w samej uroczystości wigilijnej, bo lepiej się to tu wykroiło i pyszniej, niżby ktoś mógł przypuszczać.
Po pierwsze, jeśli zależy na tem, by się dostatek i bogactwo na tle biedoty rozgrywało, by ciepło zimnem było zdobione, a pełnia w pustce kraśniała, tośmy to mieli. Przed oknami gościnnego budynku, z których buchał szczęk, para i zgiełk, stało ciemne półkole starców, biedaków, skulonych niedonosków, tak szarych, jakby im sucha siwizna nietylko na głowie, ale na oczach, łachmanach i ramionach wyrastała.
Śnieg prószył ustawicznie, zsypywał się z domów i osiadał na ludziach.
Minęliśmy tę hołotkę szybko, bo w żadnym kraju nie jest żołnierz od ocierania łez, lecz jest, żeby się bił, a gdy go gościć i pochwalać pragną, aby to ładnie nosił. Tyle się dla biedoty zrobiło, żeśmy naszemu pułkowemu psu Zbójowi, co między tymi żebrakami uganiał, przykazali, aby krzywdy nie czynił, — i już esteśmy w pośrodku uroczystości.
Nikt nic nie pije, sprawa wyraźnie postawiona, tylko sama wilja tu się rozgrywa i nasz honor w jej objęciach serdecznych wyniesiony.
Każdy bataljon obsiadł swoją białą podkowę, wszyscy pilnie po talerzach wiosłują głośną łyżką.