Strona:Juliusz Kaden-Bandrowski - Przymierze serc i inne nowele.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gdy się w to ubrał, choć wtedy wiedziałem, że nie mogło być piękniejszego i godniejszego ubrania na świecie, niewyraźnie mi się zrobiło. Nie wiedziałem dlaczego?
Bałem się, — za ojca... Czy potrafi tak grzecznie, jak ja, powiedzieć panu służącemu Kazimierzowi: „Dzień dobry, panie Kazimierzu“! Czy tak, jak powinienby, potrafi się zawstydzić hebanowego krzyża na półksiężycowej makacie? Czy okaże wszystkim meblom należny szacunek? Przecież napewno nie wytrze sobie butów kapeluszem, tak — jak ja czapką wycierałem sobie podeszwy? I najważniejsze... Czy należycie przestraszy się księdza prałata, czy pocałuje go w rękę?
Gdyśmy nareszcie minęli jakoś szczęśliwie pana służącego Kazimierza i gdyśmy się znaleźli w salonie (tu właściwie każdy pokój był salonem), w którym pisałem codzień, — wszystkie meble jakby się rozstąpiły o dziesięć kroków, a ojciec tak mi się wydał samotny, długi, czarny!
Wtedy pierwszy raz w życiu spostrzegłem, że żółta twarz mego ojca błyszczy się na policzkach.
Przestępował z nogi na nogę, kładł ręce, pełne odcisków, jedną na drugą, to znów wycierał je sobie o spodnie. Wydało mi się nagle, że muszę go ratować, tem bardziej, iż w drugim pokoju słychać już było miękkie dreptanie watowanych pantofelków i jedwabny szum prałatowskiej sutanny.
Podszedłem do ojca, położyłem sobie jego ciężką rękę na ramieniu i — tak ci powiem, jak to czułem wtedy, — i zacząłem go prędko „uczyć“... Żeby wie-