Strona:Juliusz Kaden-Bandrowski - Przymierze serc i inne nowele.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


głym strachu czyściłem sobie ukradkiem paznogcie pod srebrnolitą kapą? Albo, gdy prałat wyszedł na chwilę, że przestraszony żółtością swych zębów, zdrapywałem sobie z nich pośpiesznie osad wilgotny? I co tu z tego, że wstydząc się chodzić w zabłoconych trzewikach po mięciutkim dywanie, w przedpokoju, gdy służący prałata „pan Kazimierz“ nie widział, — że je ocierałem do suchości z błota moją własną czapką?
Godny, czy niegodny, ale czułem, że tu jakaś wyższa świętość obraca się na każdem miejscu. Że sobie mieszka wygodnie, ani tak tłusta, jak ci nasi święci dawniejsi, ani tak szorstka i straszna, jak to, co wydłubywał teraz z drzewa ojciec. Miła, czysta, pulchna, grzeczna świętość, — i to wszędzie, gdzie rzucił okiem!
Piszesz „zaproszenie do pana hrabiego“, albo „do pani baronessy“, po obu stronach biletu wypisywało się tak, żeby „z głębokim szacunkiem“ wypadło zaraz nad nazwiskiem, — czy piszesz pod dyktando „o masonach“, czy robimy sobie „wakacje“ i „bawimy się w Dickensa“, co znaczyło, że prałat będzie mi swoją powieść dyktował, — zawsze jesteś w pośród grzecznej świętości!
A dopiero, kiedy z naprzeciw, z klasztoru Panien Salezjanek dzwonek zadzwoni na Ave... Wiedziałem, że zaraz przyjdą dwie siostry w białych szatach i, ucałowawszy prałatowi różową rękę, podadzą kawę.
Takiej kawy nigdy w życiu nie piłeś, ani ja już pić nie będę. Bo także mi się wydawało, że jest w niej świętość. Obok na talerzyku drogocennym kilka kawałków niby chleba, niby bułki... Ani jedno, ani