Strona:Juliusz Kaden-Bandrowski - Przymierze serc i inne nowele.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


być sam. Ma się rozumieć, nic wielkiego! Ale tym dniem przyzwyczaiłem się jeszcze od dzieciństwa jak gdyby mierzyć swoje szczęście i los. Z roku na rok. Więc z roku na rok tego dnia za „szańcem najdroższej bliskości“... Słowem, choć was wszystkich bardzo kocham, wolałbym dziś w zamkniętych czterech ścianach, — sam...
— A ja, wiesz? — twarz mu obwisła, cienie spadły, światło zeszło, i szara obojętność rozpostarła się w wyrazie, — ja całkiem przeciwnie! Niech mi tam mieszają w tym dniu, jak w kapuście! Nie mam większego zmartwienia! Powiem ci krótko, po naszemu — co obowiązany byłem rozumieć, po lwowsku: — „Ty mów a ja zdrów“!...
Podsunąłem mu papierosy, mleko, które zostało ze śniadania.
Wspomnienia się plotą, tak mylą, trącane falami przeszłości. Co ważniejsze? Czy głos dzwonka, czy układ żył na skroniach ojca, czy zapach klejonych żołnierzy z pod drzewka, — czy śmierć, która już nad tem wszystkiem tak dawno przeszła dalej?...
— Jeżeli mówimy, — rzekł nagle Kujon, — to mogę ci powiedzieć, że dla mnie, „jako takiego“, cała ta wilja i wogóle gwiazdka... Możesz sobie w tem mieszać, jak w kapuście!
— Nie chcę.
— To nic, ale możesz: — w okrągłych, niebieskich źrenicach Kujona stanęła przestronna nieobecność. — Bo ja ci powiem...
Zaczął przełykać wzruszenie, pomieszane z kaszlem,