Strona:Juliusz Kaden-Bandrowski - Przymierze serc i inne nowele.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie zwoływać? Gdy jedną drogę dawną tysiąc nowych omota, a cieni się nad nami unosi tyle, że nas wypełniają czarną swą nocą po brzegi?
Wtem rypnęła na dole brama, tupanie, kichanie, prychanie na schodach, stateczny łomot w korytarzu, — to Kujon oczywiście.
Nie zdjął futra, nie rozpiął pasa, jak był, w czapce i długich butach siadł na łóżku, wziął papierosa, za, palił, rzucił zapałkę na podłogę, nie dał ręki na przywitanie i wreszcie:
— Wilja dziś o drugiej, wiesz?
— Wiem.
— Wiara ci od rana nic nie żarła, tak się kasują na tę wilję! Bycze miasto, co?
— Owszem, bycze.
— I panie tam widziałem w kuchni, — matrony!
Trudno było wywnioskować z intonacji, czy szacunek unosi się w wykrzykniku, czy impertynencja.
— Panie rozgrzane, rumiane, panowie w brelokach z sygnetami. Byczo będzie, rzadki fest! Dasz się ogolić?
Golił się skrzętnie, ciągnąc uszy wtył aż na kark, skrobał pod oczami, pod grdyką i szarpał skórę z pod szczęk w niemożliwym poprostu kierunku.
— Pudru nie masz?
Kiwnąłem przecząco, a wtedy Kujon:
— Co mi tu robisz takiego hrabiego? Co jest? Jest wilja, jest fest, goszczą cię ze wszystkich stron!
— Pozwól, nie gniewaj się, — chciałem mu wytłumaczyć. — Oczywiście, bardzo „to wszystko“ jest miłe, ze względu jednak na wspomnienia wolałbym