Strona:Juliusz Kaden-Bandrowski - Generał Barcz.djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rzuciwszy się w pokutną galę znanego na cały świat munduru miłosierdzia, pojechał do Barcza. Prosto do sztabu.
Generał był oblężony. Adjutantura gięła się od nawału papierów, ruch oficerstwa i gości przekraczał wszystkie przewidziane rozmiary.
Jakiś smukły sztabowiec naganiał tubylców, Przeniewski zaś grzecznie umiatał cudzoziemców.
Pietrzak „musiał“ się widzieć z Barczem. Aż uszy mu płonęły od tej chęci. Dopiero, kiedy stanął przed generałem, zrozumiał całe niebezpieczeństwo. Te wspaniałe piersi, mocne nogi, zdrowie rozłożystych ramion, — jedna wrogość...
Przypiekany kąśliwą, samczą zazdrością, dął Anglosas przez rozchylony płot zębów:
— Zasada, — niema rzeczy, dla której można poświęcić życie człowieka. Zasada, okupiona krwią miljonów, — ma w panu dziś, generale...
Barcz drgnął i, unosząc szybko głowę z nad papierów: — Ma, — ma, — ma. Ma we mnie... Bardzo dziękuję. — Poczem, przeszedłszy odrazu na projekt kin polowych, co do którego, — pańscy ziomkowie —
— Otoż, panie Pietrzak, te wszystkie rzeczy Rasiński. Kapitan Rasiński. Ewentualnie, w mojej adjutanturze.
Pietrzak nie poszedł do adjutantury ani do Rasińskiego.
Poszedł zamykać koło swych informacyj od innej strony. Do wielkiej matki wielkiego syna
— Widziałam dziś mego generała, był tu — chwi-