Strona:Juliusz Kaden-Bandrowski - Generał Barcz.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mu się w radosnem przeświadczeniu, że ręka chodzi sobie tam i napowrót po „płaczących włosach“. — Znałazł nareszcie!
— My, na Zachodzie, kiedy była ta okropna wojna, my, żołnierze, mieli zawsze przy sobie, w pierwszym okopie, promieniejącą opiekę swojej kobiety! Czy mąż żywy, czy umarły, kobieta przy nim! Później będzie fabryka. Później redemptoryści sami, po całej Polsce, wszędzie, gdzie ich ognisko, to — i szopki pouczające. Ale teraz — dla żołnierzy wszystko...
Jadzia dała się przekonać.
Dzwoniąc dla niej o samochód, zapewniał, że odbędą próbną podróż z teatrzykami do obozów rezerw. Ale teraz konieczny odpoczynek... Spotkają się u matki z gratulacją.
— Wielka kobieta, — wielkiego syna.
Gdy został w pokoju sam wobec rozłożonych na stole figurek, jął szybko trzeć twarz, włosy, usta, policzki. Poczem, zwróciwszy się ku drzwiom, cętkowanemi nozdrzami łapał rozwiany zapach Jadzi. To znów słuchał, jak sobie odjeżdża samochodem. I znów pomiął raptownie w twardych rękach policzki, głowę, czoło.
Nie przechodziło.
Wziął ze stołu obitą, ślepą laleczkę, żeby coś trzymać w ręku, obracać, nie myśleć, nie pamiętać...
Department of Intelligence: — Tam nad daleką wodą, z literek kładzionych na woskowanym raporcie nie muszą się dowiedzieć, że, prócz wiadomości dla siebie, kupili mu jeszcze po drodze trochę serca..