Strona:Juliusz Kaden-Bandrowski - Generał Barcz.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przemienił się natychmiast w jedno chętne słuchanie. Ramiona mu się rozgięły, brwi rozszerzyły, oczy rozeszły, usta rozciągnęły, broda namiękła cieniem potulnej dobroci.
— Chcę, — pan sam mówił kiedyś tak pięknie o dzieciach. Chcę zerwać tu z tem wszystkiem...
— Polish folklore?
— Przestać. Możecie sobie znaleźć kogoś innego Albo odesłać laleczki do waszego muzeum. A ja... Ja już nic dla żołnierzy robić nie będę. Chcę wrócić do dzieci. Pan sam kiedyś mówił, — dzieci całego świata —
Nie słuchając odpowiedzi, mnożyć jęła swe prośby strumieniem łez.
Pietrzak poskładał gazety i czekał.
Department of Intelligence będzie dużo zawdzięczać tym oczom płaczącym, — sądził. Lecz oto zmieszało mu się w piersiach. Wiatr nieznanych wspomnień przynosił wszystko... Na jedno głupie miejsce, — ku tym oczom rozpłakanym i głowie na rękach wspartej.
— Nie można, — kazał wzniośle, — taka miękkość... Nic się nie stało, — nie można taka miękkość.
Gdy Jadzia strzepnęła dłońmi, dalej płacząc, Pietrzak jął gładzić jej sypkie włosy. I podstawiwszy ukradkiem palce pod gęste łzy, zbłąkany między troską o departament a nagłym żalem, gdyby Jadzi miało tu braknąć...
— Przeciwnie, przeciwnie, — powtarzał. — To nie jest kontrakt. Zresztą kontrakt, „agreement“ jest nic. Polish folklore jest ważne, ale to też nie jest przeszkoda...
Nie mógł znaleźć, — wszystkie argumenty gubiły