Strona:Juliusz Kaden-Bandrowski - Generał Barcz.djvu/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


skręciły się jeszcze parę razy i przez ciężką kotarę wyleciała z nich Hanka, jak z procy.
Rumiana, wesoła, z Czarnym czubem zwichrzonych włosów nad czołem, w kusym dzwoneczku jedwabnej koszuli, wierzgająca radośnie nogami.
— Warjatka!!! — krzyknął Barcz.
Drwęska, zoczywszy Jadzię, zatrzymała się.
Barcz stracił się najzupełniej.
— Otóż tak, otóż tak, tak jest, — mówiła Drwęska, opanowując się coraz lepiej. — Tak, — pani mnie nienawidzi, wszystkie to znamy, teraz najlepiej zabić, utopić, zastrzelić... Na miłość boską, jakieś okrycie, generale!!
Przywędrowała do Jadzi i szybko, nerwowo ściskając jej zimne, jak lód ręce.
— Ale najważniejsze, że on żyje. Proszę się mną nie smucić, tylko cieszyć się mężem!
Jadzia nie ruszała się z miejsca.
Barcz przyniósł z za kotary jedwabny płaszcz.
Słuchali, jak Hanka ubiera się w nyży. Generał oceniał niecierpliwie świst szarpanego jedwabiu, chrobotanie lakierków...
Drwęska wyszła z za kotary.
— Niech pani nie milczy, pani Jadwigo, niech pani z nim mówi! — rzuciła już od drzwi.
Gdy drzwi się za nią zamknęły, Barcz panował już nad sobą. Zadzwonił na śniadanie. Mimo zjedzonego w Jedwabnie „strassburga“ kazał sobie podać befsztyk.
— O ile wiem, ty, Jadziu, rano mięsa nie jadasz? — I dwie kawy.