Strona:Juliusz Kaden-Bandrowski - Życie Chopina.pdf/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z szanownych teczek rękopisy bezcenne na biurko usypuje. Pojechał, przypatrzył się: to przyznaje i to drugie przyznaje, i jeszcze to, i jeszcze te arkusze. Temu przyznaje wieczność, czyli że z szopenowskiej ręki powstało, czyli że się serce Chopina nad tym właśnie papierem w okrutnej trwodze twórczej trzepotało i że po tym papierze sunęła jego dłoń, słuchem wieczności pośród nut prowadzona.
Innym jednak papierom cnót takich nie przyznaje nasz muzykolog. Powiada — trudno, darmo, nic mnie zmylić nie może. To nie to.
Firma Breitkopf i Haertel za duża i za stara, za wiele już w swym życiu nutowym wydawała, żeby sobie docent mógł z nią poczynać od razu jak duch święty. Zapytuje więc firma ustami swoich ludzi doświadczonych: — Na jakiej pan podstawie mówisz podobne rzeczy?
Wtedy zaś muzykolog, jak to ludzie nauki, nie żeby zaraz obuchem walnął, tylko po jednym słówku, po kropelce wymierza, wiadomo zaś, że po jednej kropelce, niech tylko regularnie, to i samemu mamutowi głowę wydrążyć można.
Muzykolog tłumaczy: — To jest nie to, gdyż tu wszędzie wszystkie ćwiartki, szesnastki, widzicie, jak mają położone ogonki! Jak mają spadać te ogonki? Od wewnętrznej, czyli też od zewnętrznej strony tych ćwiartek, czy szesnastek?!
Patrzą w skupieniu wszyscy, gdyż się różnych dowodów spodziewali, ale nie o ogonkach; więc teraz patrzą