Przejdź do zawartości

Strona:Julian Tuwim - Rzecz czarnoleska.pdf/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
20

W trzewiach miasta postronki skręconych drucików telefonicznych. Połączony jestem z tysiącami ludzi. Mogę. Druty ciągną się pod brukiem, włażą na piętra, do mieszkań, wiją się i dygocą, prą burzą prądów pode mną, nade mną, jakby we mnie, światło niosą. — Jednym końcem w ogniu niewidzialnym zanurzone, biją we mnie drugim końcem — druty, druciki, druciska, setki miljonów wyciągniętych, powyginanych, zwiniętych kilometrów. Pomiędzy miastami pędzą po drutach moje słowa, pomiędzy lądami kable w głębinach. Mogę.
Powietrze ( — westchnienie wieczne nieba — ) drga i faluje w szarpiach dartego jedwabiu promieni ultrabłękitnych. Atom światłością rozwartą połyka atom, jeden za drugim, iskra w iskrę wskakuje i wydłuża się w strzeliste linje, kołujące kręgi i elipsy radjo-błysków. 77 miljonów razy w jedną siedemset miljonową sekundy dokoła ziemi. Druty światła, przewodniki ognia, chwytajcie wieści z nieba, głodne drgawek anteny! Oto ocean podniebny pręży się grzbietami rozkołysanych fal: sprężyny skłębionych skoków i linij w przestworach!