Kupiłem po drodze pęk mimozy i fiołków. Otworzył mi lokaj; wygolona kanalja.
— Muszę te kwiaty osobiście wręczyć panience — i wyjmując z kieszeni list, mrugnąłem znacząco. (I cały wszechświat mrugnął: w rozpędach planetarnych ogromów — świat, ziemia, państwo, miasto, ulica, dom, korytarz, lokaj i ja). Zbir w kamizelce kamerdynerskiej i zielonym fartuchu odmrugnął porozumiewawczo — i poszedł po panienkę.
Czekałem niespełna pół minuty:
— otwierały mi się w korytarzu R. W. Vodragana głębie i wysokości, wschody i zachody, północe i południa, zenity i nadiry;
— zawieszonemu pomiędy wiecznością a wiecznością działy się dzieje jego;
— sfery Twoje barwno-szklane płynęły, płynęły...
— skrzydła Twoje światy zagarniały...
Wyszła do korytarza zalękniona: w sukni szaro-aksamitnej, czarną klamrą na lewem biodrze zapiętej.
— Panna Klaryssa?
— Tak... A co?...
Strona:Julian Tuwim - Rzecz czarnoleska.pdf/124
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.
18