Z zakładu dla obłąkanych uciekłem naturalnie. Wyskoczyłem przez okno. Zdaleka dzwoniła gitara, pachniały w ciemności białe jaśminy, a rozsiane hojnie gwiazdozbiory drgały astrologicznie. Butelka wina wypita w karczmie zbłękitniła mi myśli — i do brzasku siedziałem w księżycu pod białą brzoza, uśmiechając się jutrom i nucąc bez opamiętania wszystkie walce świata. Z opuszczoną głową, skupiony i radosny, jak pewny siebie odkrywca, szybko doszedłem bitym gościńcem do miasta, na które padał cień wielkiej kurzawy ciągnących z gór taborów: już zbliżali się wszyscy cyganie. I sino było w mieście.
Boże! jakim śmiechem, jakim ja śmiechem wybuchłem! Lecz po chwili zastanowienia zadygotałem pod tą rosnącą, zbliżającą się chmurą i zdyszany pobiegłem na dworzec. Jeszcze zdążyłem: ostatni pociąg odchodził — już z czerwoną chorągwią na kominie parowozu. I wszystko już było ostatnie.