Strona:John Galsworthy - Posiadacz.pdf/189

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    ruchomy wzrok z przejęciem w linjach roztaczającego się przed nim pejzażu.
    Skinął przyjaźnie głową obojgu schodzącym nadół drogą przez pole.
    Nie miał w istocie nic przeciwko pozostawieniu go tu przez nich samego na chwilkę samotnej zadumy. Powietrze przepojone było wiosennemi balsamami, nieupalne mimo że siedział w pełnem słońcu; widok piękny, zadziwia... Głowa przechyliła mu się nieco na bok, ocknął się i pomyślał: — Dziwne!... Posyłali mu zdaleka już ukłony rękami! Podniósł rękę i zatrzepotał nią kilkakrotnie. Niezmordowani!... Widok zadziwia... Głowa jego opadła na lewo, wstrząsnął się, upadła na prawo, i w tej pozycji pozostała już. Zasnął.
    Uśpiony, jakgdyby na warcie na szczycie pagórka, zdawał się panować nad całym tym zdumiewającym pejzażem, niby posąg bożka, wykuty przez twórcę pierwotnych Forsytów w czasach pogańskich dla upamiętnienia zwycięstwa ducha nad materją.
    I wszystkie niezliczone pokolenia jego wieśniaczych przodków, przywykłych w dni niedzielne, podparłszy się pod boki, stawać na straży drobnych swoich działek ziemi, przyczem ich szare, nieporuszone oczy kryły na dnie swojem wrodzony im instynkt żądnej gwałtowności, zaborczy instynkt wyłącznego posiadania z wykluczeniem całego pozostałego świata — wszystkie niezliczone pokolenia przodków zdawały się w jego osobie tronować na tym szczycie pagórka.
    Ale, wyłoniony z niego, śpiącego tutaj, zazdrosny duch Forsytów poszybował daleko, zapędzając się w Bóg wie jakie gąszcze fantazji, goniąc tych dwoje młodych, aby śledzić, co robią oni tam w lasku, na dole — w lasku, w którym wiosna upojne wyprawiałe harce z balsamami młodej zieleni, z pękającemi pączkami kwiecia, w zagajniku, pełnym niezliczonych pieśni ptaszęcych,