Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


munduru jest w wyżej wymienionym nieporządku, zostaje na statku i urlopu na ląd niema. To też każdy z drżeniem serca oczekuje chwili, kiedy spocznie na nim badawczy wzrok oficera. Bo też czyste buty i dobrze odprasowany mundur, jak wszystko zresztą na świecie, jest rzeczą względną, i znane są powszechnie uczniom Szkoły Morskiej wypadki, że mundur źle odprasowany jednego dnia, nazajutrz już bez użycia żelazka stawał się dobrze odprasowanym i przepisowym jedynie dlatego, że inny oficer był bardziej pobłażliwy i mniej czuły na godną reprezentację marynarki polskiej zagranicą.
Przegląd skończony. Pada komenda:
— Na szalupy!
Za chwilę już płynę w towarzystwie kolegów na szalupie, posuwanej potężnemi rzutami wioseł ku brzegowi. Dobijamy. Małe, krótkie, kamienne molo. Z satysfakcją stajemy na stałym gruncie, nierzucanym i niekołysanym przez fale. Wchodzimy w tłum o typie południowym, czarne włosy, czarne żywe oczy, ciemne ruchliwe twarze, gestykulujące z ożywieniem ręce, jacyś Portugalczycy, czy Hiszpanie, jednem słowem zgromadzenie signorów i signorit. Kręci się też kilku murzynów, bynajmniej nie w opaskach na biodrach, jak ich spodziewałem się tutaj ujrzeć, w ich ojczyźnie (Madera jest wyspą