Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Koty, jak koty, a pójść i zobaczyć warto.
— Jak chcesz, ja spać będę.
— Cóż to, ja sam mam iść?
— A jak chcesz.
Słuchałem tej rozmowy to głośnej, to zacichającej aż... zasnąłem.
Do dziś dnia zrozumieć nie mogę, jak w takiej sytuacji mogłem zasnąć. Bardzo widać byłem wyczerpany duchowo i fizycznie.
Gdy obudziłem się, było już cicho. Nie przyszli — pomyślałem — myśleli, że koty...
Spojrzałem na zegarek — była godzina wpół do czwartej, spałem więc nie dłużej, niż piętnaście minut.
No, trzeba „dawać fraka“ — mruknąłem, za kilka godzin będzie już widno.
Wstałem ze słomy i szukać począłem owej dziury w dachu, o której wspominał Damazy.
Eheu! — nie było jej nigdzie.
O, plemię jaszczurce! — przeklinałem. Szczeniaki rajskie, na każdym kroku niespodzianki mi urządzają. Poczekajcie, rozmówię się jeszcze z wami!
Zamiast dziury, natrafiłem na jakieś drzwi, prowadzące do komórki, w której znajdowało się okno. Wyjrzałem z niego ostrożnie. Tak, wychodzi na