Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Na dachu pluskał deszcz i gdzieś w ciemności miauczały koty.
Tak leżałem długie godziny. Nastał dzień. Przyjście jego poznałem po ruchu w całym domu i po tem, że zabielały zlekka szpary w dachu, przez które obficie lała się na mnie w nocy woda deszczowa.
Dzień ten minął bez przygód, aczkolwiek w trwodze, że mnie odkryją na strychu i romantyczne przedsięwzięcie moje skończy się prozaicznie zbiciem po gębie, jako złodzieja bielizny lub warjata, zbiegłego z zakładu.
Minęła noc, podczas której znów zmokłem z powodu deszczu i nie spałem, strasząc marcujące się koty światłem mojej elektrycznej latarki. Była to jedyna, wątpliwa zresztą, rozrywka, rozganiająca smutne myśli o domu.
Następny dzień tak, jak poprzedni, nie przyniósł nic nowego. Już dwie doby nie spałem i nic nie jadłem, gdyż owe dwie kajzerki, zabrane z domu, zgubiłem, drapiąc się na podstryszek. Do ciężkich przeżyć moich duchowych dołączyły się też cierpienia fizyczne. W nocy, jak zwykle, popadywał deszczyk, a ja mokłem.
Z nadejściem rana obliczać zacząłem godziny, dzielące mnie od chwili, gdy usłyszę przecudną arję Torreadora z opery Carmen, zapowiedzieć mającą