Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przyjaciele moi, to rzecz bardzo niebezpieczna, bardzo niebez…
Pan Alfjan przerwał. Twarz jego przybrała skupiony wyraz. — O Boże! — jęknął.
Strasznym wysiłkiem przezwyciężywszy słabość, siadł na łóżku.
— To okropne — zawołał — to straszne! Słyszycie?! Słuchajcie wszyscy!
Gdzieś z głębi mieszkania doleciał nas głos zegara, wybijającego godzinę dziesiątą.
— To straszne — jęczał „admirał“ — to okropne, takie zaniedbanie. Już dawno minęła godzina ósma, a bandera jeszcze nie opuszczona!
Idąc za wzrokiem chorego, spojrzeliśmy wgórę. Rzeczywiście na drągu pod pułapem wisiał niezdjęty, brudny ręcznik.
— To straszne — mówił „admirał“ przerywanym głosem — takie zaniedbanie. Od wielu, wielu lat pierwszy raz mi się coś podobnego zdarzyło. A tak to zawsze, wierzajcie mi, zawsze… o wschodzie i o zachodzie… straszne… straszne…
Opadł na pościel i zaczął charczeć.
Siedzieliśmy, nasłuchując cichego tykania zegara i przerywanego, świszczącego oddechu chorego.
Mijały minuty, kwadranse i godziny.