Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cie, dowiedziawszy się, że Alfjan nigdy nie będzie marynarzem, zerwała z nim na zawsze.
Tego uderzenia losu nie przetrzymał już jego biedny, znękany, nieomal od kołyski myślą o morzu trawiony umysł — Alfjan zwarjował. Na drugi dzień po zerwaniu z narzeczoną znikł z domu. Sądziliśmy początkowo, że popełnił samobójstwo, ale gdy minęło pięć lat i rodzice, straciwszy wszelką nadzieję odzyskania syna, zmarli, pogrążeni w smutku, — Alfjan wrócił. Wrócił chory na suchoty. Z nieprzytomnych, obłąkanych opowiadań jego wywnioskowałem, że przez szereg lat poniewierał się na jakimś statku rybackim mórz północnych jako kucharz. Tam też, w zetknięciu się z surową przyrodą północy, organizm jego, i tak słaby, zrujnował się doszczętnie i nabawił suchot. Poprzez wielki smutek jego przebijała nowa, wesoła, szalona myśl — był admirałem.
Chorobliwy ten wytwór jego umysłu podtrzymywał go na duchu, umilał życie. Wierzył święcie, że jest admirałem, i każde ostre, realne, okrutne zaprzeczenie tego, napełnia go smutkiem, rozpaczą.
Natychmiast po powrocie ustawił w pokoju swoim ten maszt, który pan widział, i zawsze o świcie wciąga nań ów brudny ręcznik-flagę, imitując