Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Przerwał w połowie słowa, przymknął oczy i zaczął nasłuchiwać.
Skądś z głębi mieszkania dał się słyszeć dźwięk 
zegara, wybijającego godzinę ósmą.
Usłyszawszy ten głos, pan Alfjan jednym, potężnym susem dopadł drąga z zawieszonym na nim
 ręcznikiem i zapomocą sznurka, przypominającego
 w działaniu flaglinę, ściągnął nadół ową brudną
 szmatę-ręcznik.
Dokonawszy tego, zwrócił się do nas:
— Ósma godzina — rzekł — opuszczenie ban
dery.
W tem miejscu powstał taki śmiech, gwałt i tumult, że, obawiając się udaru z powodu paroksyz
mów śmiechu, złapałem pod rękę jednego z kolegów i razem z nim, rycząc i wijąc się w konwulsjach, 
 wytoczyliśmy się na schody.
Idąc już ulicą, nie mogliśmy powiedzieć do siebie 
słowa, a po policzkach naszych spływały łzy — łzy śmiechu.
— Nie będę już chodził do „Qui-Pro-Quo“ — rzekłem, żegnając się z koleżką — wolę iść do admirała Alfjana.
Ów ryknął śmiechem, strzepnął rękoma i w pod
skokach pobiegł do domu.