Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z głębi mieszkania wyszedł młody człowiek lat około dwudziestu pięciu i zwrócił się do nas:
— Może panowie pozwolą na chwilę do mieszkania, bo muszę panom wyjaśnić to całe nieporozumienie z balem.
Weszliśmy. Małe, ubogie pokoiki mieszkanka bynajmniej nie zapowiadały hucznego „balu“ uczniów Szkoły Morskiej.
— Więc... panowie w jakiej sprawie?
Młody człowiek stał na środku pokoju i patrzał z niechęcią na „balowe“ towarzystwo.
— Powiedziałem już panu — odparłem, — że przyszliśmy na mający się tu jakoby odbyć bal, ale widzę, że to kawał, czy też nieporozumienie.
— Zaproszeni zostaliśmy przez jakiegoś pana, podającego się za admirała Alfjana.
— Tak — młody człowiek wstrząsnął niecierpliwie głową — muszę więc panów zawiadomić, że ów rzekomy admirał Alfjan, a mój brat, jest już od wielu lat chory umysłowo. Cały ten bal jest tylko wytworem jego chorej wyobraźni. Oczywiście, jest to mrzonka, tylko co do orkiestry, bufetu, sali balowej etc. goście stawią się w komplecie. Czuję, że jeszcze tu dużo panów przyjdzie. Zresztą nietylko panów, damy też będą, przecież zacny mój braciszek zbiera różne dziewki po ulicach od świtu do