Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


górę, natknęliśmy się przed drzwiami mieszkania Nr. 30 na rzeczywiście „potężną kupę“ kolegów, siedzących na stopniach.
— Halt! — zawołał jeden z nich — nareszcie jesteście, my tu czekamy na was już od kwadransa. Trzeba sprezentować się „admirałowi“ w komplecie.
Towarzystwo, siedzące na schodach, huknęło śmiechem, co było jawnym dowodem niedowiarstwa ich w kwalifikacje admiralskie pana Alfjana.
— No, chodźmy już — rzekłem, naciskając guzik od dzwonka.
Za drzwiami dały się słyszeć kroki, i wkrótce, poprzedzona odgłosami odsuwanych rygli, stanęła przede mną jakaś szczupła staruszka i, obrzuciwszy nas podejrzliwem spojrzeniem, spytała, zwracając się do mnie:
— Panowie do kogo?
— My, proszę pani, do pana admirała Alfjana na bal.
Staruszka zmieniła się na twarzy, poczerwieniała ze złości i, złapawszy się rozpaczliwie za głowę, zawołała w głąb mieszkania tragicznym głosem:
— Słyszysz pan, panie Stanisławie? Znowu bal będzie! O, ja nieszczęsna kobieta!
Grzmot śmiechu moich kolegów runął wślad za dalszą litanją biadań i utyskiwań staruszki.