Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Zapomniałem panu powiedzieć — mówił przerywanym od szybkiego biegu głosem — że przed balem urządzamy maleńki koncert. Ja będę grał na skrzypcach, a panowie zaśpiewacie marynarskie piosenki i będziecie chodzić do taktu naokoło salonu. Dobrze? Do widzenia!
Przyłożył rękę do kapelusza i odbiegł truchtem.
— Dureń, czy idjota? — mruknąłem, zdziwiony do najwyższego stopnia.
Bawiąc po podróży na urlopie wypoczynkowym w Warszawie, utrzymywałem z kolegami ciągły kontakt, to też już o godzinie siódmej wkroczyliśmy w liczbie pięciu do bramy domu Nr. 57 przy ulicy Pięknej.
W Bramie zapukaliśmy do komórki dozorcy.
— Przepraszam, gdzie tu mieszka pan admirał Alfjan?
Tłusta, rozlewna stróżka o dobrodusznym wyrazie twarzy, wytoczyła się z drzwi na podwórze i, podparłszy się w boki, zmierzyła nas wesołem 
spojrzeniem.
— Nijaki tu admirał nie mieszka — rzekła — a panowie to pewno do tego sublokatora z pod trzydziestego, bo tam już potężna kupa marynarzy do
 niego poszła.
Drapiąc się po ciemnych, wąskich schodach, na